wtorek, 7 lipca 2015

` V ROZDZIAŁ

` Obudziłem się z bólem głowy, brzucha i nudnościami na łóżku. Helikopter dalej miałem w głowie, a światło słoneczne oślepiło mnie wywołując ból w moich oczach, jakby coś wbijało igły w moje źrenice. Przekręciłem się na krawędź łóżka z głośnym jękiem czując, że zwymiotuję. Moim oczom ukazała się stojąca na podłodze miska. Domyśliłem się, że służyła jako miejsce na moje rzygi. Zwróciłem co tylko mogłem, a żołądek wywołując ból dalej chciał się pozbyć wszystkich pozostałości ze mnie, wykręcając i wyginając moje ciało. Łzy spłynęły mi po policzkach, kiedy mój żołądek stwierdził, że chce się pozbyć siebie samego z mojego organizmu. 
- może przynieść ci wody?- podniosłem lekko wzrok słysząc głos Inspektora. Na szczęście nie mogłem go zlokalizować. Nie chciałem go oglądać.
- spierdalaj..- odparłem kaszląc i wytarłem usta ręką po czym położyłem się na łóżku. Byłem wykończony. Nie pamiętałem prawie nic z wczoraj. To była istna męczarnia, katusze i masakra w jednym. 
Przełknąłem głośno ślinę wpatrując się w biały sufit. Poczułem, że Nash usiadł na łóżku obok mnie. 
- Żyjesz?-spytał. Swoją ręką zasłoniłem sobie oczy, bo dopływ światła doprowadzał mnie do szału. 
- a obrazisz się jeśli będziesz miał trupa w łózko?- mruknąłem zachrypłym głosem. Poczułem jakby 80 Kg zostało zrzucone tuż obok mnie. Spojrzałem w lewo. Nash położył się obok. 
- o nie.. idź stąd..- powiedziałem, a tamten się podparł na jednym ręku, a drugą dłonią wziął moją rękę, by mi spojrzeć w oczy.
- zły jesteś o wczoraj..- powiedział zawiedziony. Patrzyłem na niego. W tym świetle jego blond włosy wydawały się jeszcze jaśniejsze, a jego granatowe oczy lśniły, jakby były tam ukryte małe iskierki. 
- o wczoraj..- podniosłem się lekko podpierając na rękach. Ciągle patrzyliśmy sobie w oczy. - nie bardzo pamiętam co się wczoraj działo..- dodałem. Nash spuścił wzrok po czym przygryzł swoje usta. Było mi go po części szkoda.. No ale kurwa... Ja tak przecież, nie mogę, prawda? PRAWDA? ...
- Wybacz Max.
-.. Za tamto?- przerwałem mu, a on spojrzał na mnie. Widziałem to jak zerkał na moje usta. Widziałem to jak bardzo był niepewny, aby mnie znów dotknąć, przytulić. Chciałem tylko, aby powiedział, że będzie dobrze albo, że przynajmniej nie będę rzygał..
- tak.. Za tamto..- mruknął. Westchnąłem cicho i wstałem z łóżka. Byłem w samych bokserkach. Moja ręka była zabandażowana kilka razy. Każdy ruch wywoływał ból, wiec wolałem nią nie ruszać. Krew pewnie zaschła przylepiając się do bandaża. Stanąłem przy dużych szklanych drzwiach prowadzących na taras. Widok na miasto. W tle czaiły się drapacze chmur, a mniejsze budynki stanowiły pierwszy plan. Ładnie tu. Trochę jak w New Jersey. 
- podasz mi fajki?- poprosiłem i się przeciągnąłem. Blondyn zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głów. Znów utrzymywaliśmy kontakt wzrokowy kiedy mi podawał fajki. Czemu jakieś niestworzone uczucie kazało mi go chwycić za ubrania powalić na łóżko i całować każdy milimetr jego skóry? Muszę być jakiś jebnięty... 
Wyciągnąłem papierosa z paczki i go zapaliłem. W milczeniu tak trwaliśmy dobre 15 minut zanim Nash je przerwał. 
- W nocy wymiotowałeś.- powiedział.
- bardzo? Nic nie pamiętam.
- tak.. Ktoś cię musiał doprowadzić do ładu i składu.- Hm... to dlatego jestem w samych gaciach. Bo swoje ciuchy zarzygałem! Świetnie. Przynajmniej mam pewność, że Nash mi się do dupy nie dobrał. Są plusy. Okej. Sytuacja opanowana. Chyba...
Uśmiechnąłem się lekko do niego i usiadłem obok na łóżku. 
To napięcie i cisza była straszna, a uczucia mnie wypalały od środka.
- Max.. Masz minę jakbyś chciał mi przypierdolić.- powiedział.
- nie, nie..- zmieszałem się.- po prostu... - zaciągnąłem się papierosem.- po prostu..- spojrzałem na niego i po chwili spuściłem wzrok. Fakt.. Z jednej strony chciałbym mu przypierdolić, ale uczucie powalenia go i zacałowania przeważało.- To ja powinienem cię przeprosić Nash, że narobiłem ci kłopotu.
- co? Kłopotu? Coś ty..To była...- odchrząknął znacząco.- znaczy wiesz.. Nie ma problemu Max.
- tak..- Znów patrzyliśmy się na siebie cali spięci. Inspektor niepewnie chwycił mnie za zdrową dłoń. Serce mi waliło jak oszalałe. Blondyn delikatnie mnie pocałował. Nie oddałem pocałunku, więc zrobił to jeszcze raz. Odsunąłem się od niego i spojrzałem na podłogę cicho wzdychając.
- powinienem iść.- powiedziałem ignorując to co zrobił przed chwilą Nash.
- Tak wiem.. Pójdę zobaczyć czy ci ubrania wyschły.- Cóż.. Nie wyschły. Do domu wróciłem w wilgotnych spodniach i jakiejś koszuli Inspektora. 

I keep a close watch on thisheart od mine
I keep my eyes wide open all the time
I keep the ends out for tie that binds
Because you're mine, I walk the line

O Tak.. Johnny Cash, whisky, papieros i akta spraw. To wszystko mnie cudownie zajęło, abym nie myślał o tym co zaszło u Nasha. Nie odezwał się jeszcze do mnie. Co chwila sprawdzałem telefon.
- Max.. Ogarnij się.- powiedziałem w końcu do siebie, kiedy po raz enty miałem telefon w dłoniach. Eh.. Nie potrafię o nim nie myśleć. Chociaż.. Jest zabawny, miły, przystojny.. a jego usta wciąż czułem na swoich. Zakląłem pod nosem i zdjąłem okulary z nosa po czym przetarłem swoje oczy. 
Wstałem od biurka i poszedłem się przebrać w jakiś dres do biegania. To mi dobrze zrobi. Samotna wyprawa przez betonową dżunglę. Dobry plan. 
Kiedy byłem już gotowy, zamknąłem mieszkanie i wyszedłem z kamienicy. Założyłem słuchawki na uszy no i zacząłem swój maraton.
Biegałem wąskimi, mało uczęszczanymi uliczkami. Dokładnie słyszałem, każdy mój ciężki krok, to jak noga uderza o podłoże, jak buty kruszą pod moimi stopami kamienie i żwir. Skręciłem w następną ulicę prowadzącą do parku. Pogoda nawet mi dopisywała, więc pomyślałem, że porobię kilka kółek wokół skweru przy fontannie. Pot spływał mi po twarzy, a oddechy były coraz to głębsze. Nie mogłem się teraz zatrzymać. Jeszcze 3 kółka. Czułem się coraz bardziej zmęczony. Lubiłem wysiłek fizyczny. Najlepsze lekarstwo na depresję, lecz nie najlepsze dla palaczy. Zatrzymany nagłym kaszlem stanąłem przy fontannie i odsapnąłem chwilę. Rozejrzałem się po parku, chyba nikogo nie brakowało. Rodziny z dziećmi, spacerujący policjanci, zakochane pary, przyjaciółki na plotkach, samotne kobiety, samotni mężczyźni i ludzie ze swoimi pupilami. 

Ściągnąłem z siebie przepoconą koszulkę i przemyłem twarz zimną wodą, po czym usiadłem sobie na murku obejmującym fontannę.
W słuchawkach lecieli Scorpionsi, a do mnie podbiegł pies.
Miał zaciesz na pysku, a ogon tak mu się telepał na boki że prawie urwał mu dupsko. To pitbull, albo amstaff. 

- co tu robisz? Gdzie masz właściciela?- pies wskoczył mi przednimi łapami na moje kolana i chciał mnie lizać po twarzy. Pogłaskałem go po miękkiej sierści sprawdzając obroże. - Zuba...- uniosłem brew i spojrzałem na pysk psa.- bydlak z ciebie.
- Zuba! Zuba chodź tu!- usłyszałem damski głos, więc podniosłem głowę i ujrzałem kobietę w stroju sportowym. Długie nogi, długie czarne włosy za biust, a biust.. uh.. 
- to pani pies?- spytałem kobiety.
- tak.. przepraszam.. coś zobaczył i mi uciekł. Zazwyczaj się słucha.- Dziewczyna posłała mi uśmiech i ściągnęła mi psa z kolan, po czym usiadła obok mnie. - pierwszy raz widzę tutaj pana.- powiedziała i odgarnęła włosy z szyi. 
- naszła mnie ochota na bieganie.- odparłem. 
- ja trenuję codziennie i ciągle widzę te same twarze. Miło spotkać kogoś nowego.- znów uśmiechnęła się do mnie, a ja odwzajemniłem uśmiech. 
- długo trenujesz?- spytałem.
- zależy co.- dziewczyna zapięła psa na smycz, a on grzecznie się położył przy naszych nogach. - Boks od trzech lat, fitness może od ośmiu, a biegam odkąd skończyłam 16 lat. 
- ja mam taką pracę, że nie zawszę mogę sobie pozwolić na trening- mruknąłem. 
- Formę widać, że masz niezłą... Gdzie pracujesz?- zaciekawiłem ją. Kobieta znów patrzyła na mnie.
- cóż.. zazwyczaj siedzę, za biurkiem, lecz teraz znów jestem w akcji. 
- przedstawiciel handlowy?
- nie bardzo- zaśmiałem się. Ona mruknęła coś pod nosem i przechyliła głowę na bok. 
- tajemniczy jesteś.- wstała- jakby cię znów naszła ochota na bieganie, to zawszę biegam z psem.
- w porządku.- wstałem również.
- miłego biegania - odparła i poszła w swoją stronę.
Niesforna babka. Mogła pilnować swojego psa. Pokręciłem głową i udałem się do swojego mieszkania.
Tam padłem jak długi. Nie czułem nóg i chciało mi się palić. 
- Kurwa Max.. przedobrzyłeś..- jęknąłem kiedy próbowałem się podnieść z kanapy. Jej grawitacja była silniejsza, więc postanowiłem tak leżeć póki nie ściągnie mnie stąd głód nikotynowy. 
Przymknąłem oczy, jednak szybko je otworzyłem, bo telefon mi dzwonił.
- kurwaaaa.. - sturlałem się z kanapy i podczołgałem do telefonu. 12 nieodebranych połączeń od Nasha. Gdyby to był od żony, albo matki to bym się zmartwił. 
- Tak?- odebrałem.
- No w końcu.. Jesteś potrzebny na posterunku, zwijaj się.
- człowieku zaraz.. dopiero..-tutaj starałem się wymyślić jakąś dobrą wymówkę, lecz nic nie przychodziło mi do głowy i postawiłem na prawdę-.. z biegania dopiero wróciłem. 
- hm.. no dobra. Pospiesz się.- Inspektor się rozłączył. 
Westchnąłem ciężko. Ostatnie chwilę wolne od pracy, spędzone w moim domu zamaskowały wszystkie problemy. Teraz znów czułem się jak nic nie znacząca cząstka na świecie. Wstałem i poszedłem pod prysznic. Zimna woda, nie sprawiła, że zniknęły moje problemy. Stało się to dopiero kiedy mokry bandaż dosłownie zerwałem, tym samym odrywając zaschniętą krew od ran. Z mojej ręki na nowo kapała krew, a ból dał mi do zrozumienia, że mam teraz większe problemy, niż zamartwianie się tym co było i jakimś pojebanym przełożonym, który chce mnie zgwałcić analnie wibratorem. 
 Wyszedłem spod prysznica i poszedłem się ubrać. 
Broń, odznaka, kajdanki, portfel, klucze od domu i samochodu. Wszystko. Chyba... Sprawdziłem jeszcze raz. Telefon. Pokręciłem głową. Ostatnimi czasy muszę wszystko sprawdzać czy mam. Moja pamięć już zawodzi. Wyszedłem z domu i zapaliłem w drodze do samochodu papierosa. Przyglądałem się czerwonemu żarowi i dymowi, który pląsał na wierze. Cisza szumiała między budynkami. W oddali słychać było jeżdżące samochody i przytłumione kroki ludzi spieszących się do pracy. 
Wsiadłem do samochodu i przebyłem tę samą drogę do pracy. Wszedłem do budynku NYPD i pomaszerowałem do swojego biura. Tam leżały na stole akta sprawy zabójstwa kobiety.
O ironio.
Wszystkie złe rzeczy w moim życiu zaczynały się od śmierci kobiety. Zasiadłem za biurkiem i spojrzałem na opisaną sprawę.
Emilie. 16 l. Znaleziona w lesie. Brutalnie zgwałcona i zamordowana. Ścisnąłem usta w wąską linię czując, jak gniew we mnie wzbiera. 

Cóż to musiał być za zwyrodnialec, aby tak brutalnie zamordować dziecko. Zacząłem czytać o znalezionych dowodach. Krew. Dużo krwi. Jeden świadek - Leśniczy-  przepytany. Moje oczy błądziły po zdjęciach z miejsca zbrodni. Zamknąłem akta i wyprostowałem się w fotelu zapalając papierosa. 
Wezmę leki i pojadę znów przepytać tego leśniczego. Tak.. To dobry plan. 
Zgasiłem papierosa i wziąłem leki na depresję po czym wyszedłem z gabinetu. Na korytarzu wpadłem na Nasha. 
- Cześć Max..- powiedział i mnie zatrzymał.
- cześć..-mruknąłem.
- Zająłeś się sprawą?- spytał.
- Tak. Właśnie jadę przepytać leśniczego. 
- W porządku, zatem nie będę cię zatrzymywać.- powiedział i odszedł. Zakląłem pod nosem na odchodne i poszedłem do samochodu. Wsiadłem i pojechałem 70 km za Nowy York w lasy do wycinki. Tam popytałem ludzi czy znają jakiegoś leśniczego. Okazało się, że jeden jest, ale dużo dużo dalej mieszka, niż jest miejsce zbrodni. 
Pośród gęstego lasu moim oczom ukazała się mała drewniana chatka rodem jak ze Slendera. Zatrzymałem samochód i poszedłem do domku.
Ściany zrobione z desek były koloru brudnej zieleni porośniętej mchem, to samo drzwi. Zapukałem lecz nie dostałem odpowiedzi. Pociągnąłem za drzwi, w rezultacie były zamknięte. Pomyślałem, że obejdę dom dookoła. Z tyłu domu było brudne okno. Nic przez nie nie widziałem. Zerkając pod nogi zobaczyłem okrągły przedmiot pośród ściółki leśnej. Kopnąłem go i stanąłem prawdopodobnie z przodu ukrytych drzwi. Nie mogłem się o tym bardziej przekonać, niż spadając w dół do piwnicy. Niechcący znalazłem te drzwi przykryte liśćmi i igłami.Ktoś je dobrze ukrył. Otrzepałem się z kurzu i brudu znajdującego się praktycznie wszędzie. Nikt tu nie sprzątał od wieków. Rozejrzałem się. Niby nic podejrzanego, prócz worka. 

Podszedłem do niego i go otworzyłem. W mój nos wbił się obrzydliwy smród, a do oczu napłynęły łzy. Zakrztusiłem się, a widząc to co było w worku mój żołądek znów postanowił wyjść z siebie.
- O mój Boże...- jęknąłem patrząc na pocięte i rozczłonkowane kończyny człowieka. Zamknąłem worek i zakrywając sobie chusteczką usta wybiłem szybę w piwnicy by uwolnić trochę gęstego powietrza, które momentalnie wypadło z pomieszczenia. 
Od zaduchu kręciło mi się w głowie. Wyciągnąłem telefon i zadzwoniłem po techników, a teraz musiałem się stąd jakoś wydostać. Podskoczyłem do okna i ledwo się przecisnąłem brudząc swoją koszulę i spodnie o ziemię. 
Otrzepałem się i poszedłem do samochodu. Czekając na techników paliłem papierosa i starałem się zapomnieć o tym co znalazłem w ukrytej piwnicy. Wypatrując dużego białego furgonu, zastanawiałem się czy przyjedzie też Nash. Jak się później okazało - Przyjechał.
Wysiadłem z auta i poszedłem do przybyłych policjantów, ubranych w granatowe mundury.  
- Z drugiej strony jest wejście- powiedziałem do jednego z nich i podszedł do mnie inspektor.
- Dobra robota Max. Może trafiliśmy na trop seryjnego zabójcy.- powiedział.
- Jak dotąd nie wiemy o nim nic.- sprostowałem i zaciągnąłem się papierosem. 
- Możliwe, że się jeszcze dużo dowiemy..- odparł Nash, a ja poszedłem do samochodu. Pisanie raportów już nie należało do moich obowiązków, więc pojechałem do domu. 
Walnąłem się na kanapie i chciałem zasnąć, odpocząć.
Niestety znów męczyły mnie koszmary. 
Obudziłem się zlany zimnym potem. Usiadłem na kanapie. W moim pokoju było ciemno, a jedyna zapalona lampka co chwila przygasała. Usłyszałem głośne stukanie. Odwróciłem się by zobaczyć skąd ono dochodzi i zobaczyłem postać, która się na mnie patrzyła...

~Max